czwartek, 8 grudnia 2016

"Qwerty: W Stronę Słońca" - Rozdział XXX: "Ból głowy", część 1

Okropne migreny to skutek uboczny prywatnych sesji z Andersonem, które jednak zaczynają przynosić efekty. I całe szczęście, ponieważ wywiad Brentwood znalazł największego przeciwnika Qwerty'ego - Asqualora. Zbliża się czwarta nad ranem, gdy zespół przygotowuje się do ataku na budynek starej przystani, a Qwerty  spotyka starego znajomego... Oto pierwsza część 30-ego rozdziału powieści pt. "Qwerty: W Stronę Słońca". Pozostałe rozdziały powieści (TOM V serii) w porządku chronologicznym można znaleźć w poście TUTAJ


QWERTY: W STRONĘ SŁOŃCA
TOM V

Dla Bogdana.

Poprzedni odcinek powieści znaleźć można TUTAJ (kliknij).

Rozdział 30, część 1

"Ból głowy"

*

Przez następne kilka dni Qwerty zaczynał o godzinę wcześniej niż reszta zespołu. Anderson kazał mu ćwiczyć kontakt telepatyczny, aż Qwerty poczuł, że jest w stanie kontrolować to lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Niestety, od momentu, gdy rozpoczął dodatkowe treningi, zaczął miewać takie bóle głowy, że wieczory spędził na leżeniu w łóżku, gryząc poduszkę, aby nie jęczeć głośno. W końcu, w wieczór poprzedzający noc sylwestrową, poddał się i z wysiłkiem powlókł się do gabinetu lekarskiego, aby dostać coś na migrenę.

Zapukał, co sprawiło, że czaszka pękła mu na tysiąc kawałków i wszedł chwiejnie do środka. Zobaczył Jenny, która właśnie porządkowała szafę z lekami. Nie widział jej od czasu spotkania po kolacji u Collarda i sam przed sobą nie chciał się przyznać, że to ona była powodem, dla którego zwlekał tyle czasu z przyjściem tutaj. Bał się, że znów ją spotka; na samą myśl o tym, co powiedziałaby Ange widząc scenę, która rozegrała się między nimi, kurczył się w sobie. Nie zrobił nic, aby do tego doprowadzić, ale i tak winił się za to. Nie powinien był przyjmować wtedy zaproszenia na obiad…

-Cześć – powiedział słabo z nieśmiałym uśmiechem.

-Cześć – odparła dziewczyna. – Co słychać?

-Ja… Trochę boli mnie głowa. Zastanawiałem się, czy nie masz czegoś na migrenę…

Jenny popatrzyła na niego bystro.

-Siadaj – powiedziała i Qwerty po raz kolejny wylądował na przykrytej białym prześcieradłem kozetce. Ona obejrzała go dokładnie ze wszystkich stron.

-Co ci jest? – zapytała, świecąc mu w oczy światłem i badając jego reakcje.

-Boli mnie głowa, to wszystko.

Jenny popatrzyła na niego, wsparta o boki.

-Nie przyszedłbyś tu ze zwykłym bólem głowy. Wiem, że coś ci jest.

Qwerty zamilkł na chwilę i patrzył, jak Jenny rumieni się lekko. Westchnął.

-Ok, głowa mi pęka. Jakby miała eksplodować. Nie mogę tego znieść. Mogę dostać coś przeciwbólowego? Proszę.

-Od kiedy masz te bóle? – zapytała.

-Odkąd… odkąd mam prywatne sesje szkoleniowe z Andersonem – odparł słabo.

-O? A co robisz?

-Ja… Anderson próbuje mnie czegoś nauczyć – powiedział Qwerty, masując skroń.

Jenny pokręciła głową i podeszła do gabloty z lekami.

-Proszę – powiedziała, podając mu listek tabletek. Weź dwie na noc, po posiłkach. Porozmawiam z Andersonem. To nie jest normalne, nie powinieneś reagować w ten sposób.

-Nie! – zawołał Qwerty i skrzywił się na dźwięk własnego głosu, który nagle wydał mu się za głośny. – Nie, nie trzeba… - dodał już ciszej. – Wszystko jest w porządku. Musi mi chyba zająć trochę czasu, zanim… zanim się przyzwyczaję…

Jenny popatrzyła na niego ze zmartwioną miną.

-Weź to – powiedziała, wskazując na tabletki. – Ale jeśli to ci nie pomoże… Będziesz musiał przestać, ok? Przynajmniej na jakiś czas.

-Ok – odparł Qwerty, schodząc z kozetki i idąc w kierunku drzwi. – Dzięki, Jenny – dodał i wyszedł z gabinetu, kierując się do swojej sypialni. Szybko połknął tabletki, popijając wodą i położył się, mając nadzieję zasnąć.

Wydawało mu się, że dopiero zamknął oczy, gdy nagle usłyszał nad sobą cichy głos:

-Qwerty, obudź się.

Chłopiec otworzył oczy i w świetle lampy zobaczył nad sobą Johna.

-John? Co tu robisz? Coś się stało?

-Qwerty, wiemy, gdzie jest Asqualor – powiedział John i Qwerty poczuł, jak serce zabiło mu szybciej. – Za dziesięć minut potrzebuję cię w sali konferencyjnej.

Qwerty zerwał się, patrząc na zegarek od Belli, który starym zwyczajem zostawił na nadgarstku idąc spać. Dochodziła czwarta nad ranem. Zerwał się z pościeli, ubrał szybko i jednym haustem wypił szklankę wody; był bardzo spragniony.

Zniknął z pokoju i pojawił się w znanej sobie sali, gdzie czekał już John z resztą zespołu; byli tu także Charlotte i Bill, i jeszcze kilka osób, które Qwerty znał tylko z widzenia. W jednej z nich rozpoznał znów Adama; tamten zauważył go i skinął mu przyjaźnie. Collard przekładał jakieś papiery; Anderson mówił coś do innych, ale gdy zobaczył Qwerty’ego, podszedł do niego i spojrzał na niego uważnie.

-Ok, Seymore? Jesteś gotowy?

Qwerty skinął głową twierdząco. Jeśli złapie teraz Asqualora… Wyobraził sobie, że przenosi się jutro, tuż przed Nowym Rokiem, na wyspę wuja Matta i razem z Ange odlicza ostatnie chwile tego okropnego roku, wspólnie zaczynając nowy rozdział w życiu… Ta wizja na chwilę zaparła mu dech w piersiach, ale opanował się szybko. Nie czas był teraz na marzenia.

-Asqualor ukrywa się w starej, wojskowej bazie – powiedział John. – Nie jest sam…

John włączył hologram i na stole pojawiła się miniaturowa wersja nieznanego Qwerty’emu budynku.

-To są dawne doki na wyspie Mainland, w archipelagu Shetland – mówił dalej John. – To stara, wojskowa baza, teraz już nie używana. Składa się obecnie z jednego budynku i starej przystani. Asqualor ukrywa się tam od tygodnia i według naszych źródeł, wynosi się stamtąd dzisiaj za… - John zerknął na zegarek. – Niecałe trzy godziny. Mamy ostatnią szansę, żeby go tam przyłapać. Ale… - John urwał, wodząc po nich uważnym spojrzeniem. – Nie wiemy, czego spodziewać się w środku. Wiemy tylko, że nie jest tam sam. Co najmniej pięciu jego współpracowników jest z nim. Nie wiemy nic więcej. Niestety, tym razem musimy improwizować… - John wskazał na hologram i obrócił go nieco. – To jest obraz, który posiadamy. Nie jest dokładny… - John wskazał na szare przestrzenie. – Budynek nie jest jednak duży. Ma dwa niewielkie pomieszczenia i jedno większe, wszystko połączone korytarzem. Musimy być ostrożni. Najmniejszy sygnał dla nich, że coś jest nie tak i tracimy ich wszystkich…

Qwerty patrzył na hologram na stole, próbując zapamiętać wszystkie szczegóły. Czuł, jak pocą mu się ręce. Ostatni raz widział Asqualora na parkingu przy starym torze gokartowym. Był przekonany, że zabił go wtedy… Tamtego dnia złamał kod, po raz kolejny. Asqualor zawsze go nienawidził, ale teraz… Będzie chciał się zemścić. Qwerty nagle poczuł, że coś tu jest nie tak, ale nie wiedział, jak im o tym powiedzieć. Nie chciał wyjść na tchórza, nie teraz, gdy wreszcie mieli szansę złapać jego największego wroga. Ale…

Gdy John skończył, Qwerty dał mu znak, by z nim porozmawiał. Nie chciał używać telepatii, nie z Danim w pokoju.

John już chciał wyjść, gdy zatrzymał go Collard, odciągając na chwilę, by przedyskutować jakieś szczegóły. Qwerty popatrzył za nimi z rozpaczą, ale nie miał czasu zrobić nic więcej, bo Adam podszedł do niego.

-Qwerty – powiedział i wyciągnął dłoń w jego stronę. – Długo się nie widzieliśmy – powiedział. Chłopiec czuł na sobie spojrzenia całej swojej drużyny; zrozumiał, że wydawał się znać wszystkich w Brentwood lepiej niż oni sami.

-Adam – odparł Qwerty, ściskając wyciągniętą dłoń.

-Ostatni raz, zdaje się, wtedy w szpitalu…

-Tak – powiedział Qwerty z wahaniem. Pamiętał, jak niemal dokładnie rok temu, w sylwestrową noc, John wylądował na oddziale intensywnej terapii. Przypomniał sobie, jak potraktował wtedy Adama; nie był w stanie z nim rozmawiać… Był tak pochłonięty Johnem i Ange, że ledwo zauważał, co się wokół niego działo.

-Napędził nam wtedy stracha – uśmiechnął się Adam, wskazując na Johna.

-Tak… Tak, napędził – dodał, próbując podchwycić jakoś wzrok Johna, ale ten nadal tonął w rozmowie z Collardem.

-Jak się czujesz przed dzisiejszym? Słyszałem, co się stało z Asqualorem ostatnim razem… - Qwerty drgnął i spojrzał na Adama, jakby zobaczył go po raz pierwszy. Ten uśmiechał się tylko uprzejmie, ale Qwerty poczuł się nieswojo.

-Cóż, tak… Ja… Nie planowałem tego – powiedział niezręcznie; nic innego nie przychodziło mu do głowy. Wiedział, że George i reszta nadstawiają uszu i nie był pewien, czy zdradzanie im teraz szczegółów ostatniego spotkania z Asqualorem było dobrym pomysłem.

-Nie, oczywiście, że nie. Przez chwilę myśleliśmy, że zabiłeś Asqualora… Ale cóż, to twarda sztuka, nie tak łatwo się go pozbyć… Co wcale nie znaczy, oczywiście, że nie zrobiłeś wtedy dobrej roboty – dodał Adam przyjaźnie, jakby chcąc upewnić Qwerty’ego o jego zdolnościach. – Po prostu trafiłeś na mocnego przeciwnika, to wszystko.

Qwerty rzucił szybkie spojrzenie na resztę drużyny. George, Dani i Marek wpatrywali się w niego jak urzeczeni, a Svetlana patrzyła z niedowierzaniem. Anita uniosła do góry brwi, a Ibrahim, który pochylał się teraz na jakimś urządzeniem, przestał go używać i zamrugał z zaskoczeniem, spoglądając na chłopca.

-Ja… Cóż… - Qwerty nie wiedział, co powiedzieć, ale z opresji wyrwał go Collard, który klasnął w ręce, zaplatając dłonie i zawołał o uwagę. Nawet teraz, o czwartej na ranem, wyglądał świeżo jak stokrotka: równy, biały kołnierzyk jego koszuli ładnie kontrastował z granatowym garniturem i opaloną twarzą.

-Nie ma czasu do stracenia – powiedział. – Dostaniecie całe nasze wsparcie; będziemy w pogotowiu. John przejmuje dowodzenie. Jesteście w dobrych rękach. Powodzenia.

Qwerty rzucił jeszcze jedno spojrzenie na Johna, ale ten wydawał już reszcie rozkazy i Qwerty nie bardzo wiedział, co robić. Miał to okropne, swędzące uczucie gdzieś z tyłu głowy, które tak często pojawiało się, gdy coś było nie tak. Miał ochotę ich zatrzymać, ale jego drużyna patrzyła na niego z jeszcze większą nieufnością niż zwykle, a Anderson obserwował go krytycznie. Chłopiec zacisnął zęby i, czekając na sygnał Johna, przygotował się…

Kolejny fragment powieści przeczytać można TUTAJ (kliknij na LINK).

Wszystkie rozdziały w porządku chronologicznym można znaleźć w poście TUTAJ

Pozostałe części książek można zakupić w wersjach papierowych na platformach Amazon lub ściągnąć za darmo jako ebooki na stronie beezar.pl. Linki poniżej: 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz